Maciej Rembarz – jeśli to imię i nazwisko obiło ci się o uszy, ale za nic w świecie nie potrafisz sobie przypomnieć, kto to taki, to witaj w klubie! Ale spokojnie – już za chwilę nie tylko dowiesz się kim jest ten człowiek-instytucja, ale też będziesz chciał opowiedzieć o nim każdemu przy najbliższej kawie czy piwie. Bo Maciej Rembarz to człowiek o tylu twarzach, że sam Dr House miałby z nim problem. Poeta, nauczyciel, hodowca owiec, były pracownik zoo, a dziś – straganiarz z pasją. Brzmi jak bohater filmu? A przecież to nasza rzeczywistość. I to w najlepszym wydaniu.
Od tablicy szkolnej po łąki pełne owiec – czyli początki kariery
Maciej Rembarz swoją przygodę z zawodowym życiem zaczął w dosyć „klasyczny” sposób – jako nauczyciel języka polskiego. Klasyczny jednak tylko z pozoru, bo jego lekcje do dziś owiane są legendą wśród byłych uczniów. To człowiek, który potrafił cytować Mickiewicza z pamięci, jednocześnie zapraszając uczniów do analizy rapu Taco Hemingwaya. W erze TikToka i memów, Rembarz przez moment był jak Gandalf w pokoju pełnym hobbitów – stanowczy, ale magiczny.
Poeta z krwi, kości i serca
Nie byłby sobą, gdyby nie szukał również twórczego ujścia swojej wrażliwości. Jego poezja, choć nieszczególnie komercyjna i nieczęsto goszcząca na salonach, ma grono oddanych entuzjastów. Rembarz pisze o codzienności z czułością, której dzisiaj brakuje – o zapachu trawy przed burzą, o ciszy w autobusie na trasie do Pcimia, o rozmowie z sąsiadem przy śmietniku. Jego wersy trafiają prosto w serce i zostają tam na dłużej – jak dobrze zaparzona herbata, której nie chcesz szybko wypić, bo jest dokładnie taka, jak być powinna.
Co wspólnego ma poeta z owcami?
Otóż całkiem sporo – przynajmniej w przypadku Rembarza. Kiedyś stwierdził, że potrzebuje zmiany. Zamiast podręcznika, chwycił za grabie, a zamiast sarkastycznych uwag licealistów – zyskał towarzystwo baranów, które – bądźmy szczerzy – potrafią być znacznie mniej uparte. Hodowla owiec szybko przerodziła się nie tylko w pasję, ale i sposób na życie, a Maciej z dumą dzieli się w mediach społecznościowych codziennością wiejskiego życia. Uczyć się można nie tylko z książek – Rembarz udowodnił to w praktyce.
Pracował w zoo, chociaż nie był lemurem
Pomimo swojego zamiłowania do spokoju i natury, w pewnym momencie życia zatęsknił za egzotyką… w wersji miejskiej. Pracował w zoo, gdzie jego zadania daleko wykraczały poza karmienie małp. Miał styczność ze zwierzętami, których większość z nas widuje tylko przez szybę lub w programach Davida Attenborough. To tutaj nauczył się, że hipopotam to nie żart i że strusie nie darzą ludzi naturalną sympatią. Przygoda zakończyła się tak samo naturalnie, jak się zaczęła – z uśmiechem, szacunkiem i garścią anegdot, którymi mógłby obdzielić cały stand-up.
Nowe życie między marchewką a jabłkiem
Dziś Maciej Rembarz prowadzi własny stragan. Nie taki tam zwykły kiosk z warzywami, ale prawdziwe centrum kultury lokalnej. Klienci przychodzą nie tylko po najlepsze pomidory w promieniu 50 km, ale i po rozmowę z człowiekiem, który przeżył więcej niż połowa influencerek razem wzięta. Potrafi zareklamować kalafiora rymem, promować cebulę jako „złoto polskiej ziemi” i sprzedawać koperek z taką gracją, że można by pomylić go z konferansjerem festiwalu literatury.
Maciej Rembarz to idealny przykład na to, że życie nie musi być prostą linią ku jednemu celowi. Można być i poetą, i nauczycielem, i hodowcą, i pracownikiem zoo, i handlowcem – i robić to wszystko dobrze. Jednego dnia może cytować Norwida, drugiego droczyć się z klientką o rozmiar brukselki, a trzeciego pisać wiersz inspirowany czekaniem na deszcz. Jego historia pokazuje, że warto iść za intuicją, mieć odwagę próbować i śmiać się nawet wtedy, gdy życie podtyka ci kolejną niespodziankę.